Historia Doroty

dorota wójcik

Poznajcie Dorotę! Dorota ma 29 lat i cztery lata temu dowiedziała się, że choruje na raka piersi. Dwa lata temu dołączyła do naszej fundacji jako podopieczna Programu Skarbonka, aby zebrać środki na operację odtwórczą piersi. Od teraz, Dorota jest również naszą wolontariuszką! Przeczytajcie jej historię.

Cześć Kochani,

Nazywam się Dorota, jestem księgową. Wychowałam się w podwarszawskiej miejscowości. Obecnie mieszkam i pracuję w Warszawie. A teraz także jestem wolontariuszką w Fundacji Onkologicznej Alivia.

Jak trafiłam do Fundacji Alivia

Na Fundację Alivia trafiłam w momencie, kiedy potrzebowałam pomocy finansowej. Pierwotnie zadzwoniłam do innej fundacji, która 5 lat temu była bardziej znana niż Fundacja Alivia, natomiast nie było możliwości zostać w niej podopieczną. Wtedy bardzo miła pani dała mi namiar na Fundację Alivia. I tak udało mi się szybko załatwić wszystkie formalności i zostałam podopieczną Fundacji.

Jak badania potwierdziły moją chorobę, o nowotworach nie wiedziałam nic

Byłam młodą kobietą, kiedy dowiedziałam się, że mam raka piersi. Jeszcze nie ukończyłam 25. roku życia, a już miałam dwie operacje za sobą, a na chemię czekałam w kolejce.

Do tej pory pamiętam podejście doktora do mnie, jak do człowieka przechodzącego ciężką chorobę, a nie pacjenta, kolejnego numerku w kolejce.

Dostałam możliwość podjęcia decyzji dotyczącej mojej operacji i leczenia. Dokonałam wyboru – mastektomia radykalna, a na deser – chemioterapia. Od momentu diagnozy borykałam się z pytaniami, jakie w tamtym momencie się pojawiły; jakie są szanse przeżycia, prawdopodobieństwo nawrotu choroby, ewentualnych przerzutów, czy po chemioterapii będę zdrowa, czy wymagana jest radioterapia oraz rehabilitacja, jak wygląda kwestia macierzyństwa, kiedy i gdzie mogę dokonać rekonstrukcji piersi. Mimo wizyt w szpitalach, moja wiedza na temat choroby była cały czas znikoma. Byłam jak dziecko we mgle.

Nie mogłam się już doczekać chemioterapii – aby mieć ją za sobą jak najszybciej, oczywiście. Nie przerażał mnie fakt utraty włosów, one i tak bardzo szybko odrosły. Nawet nie chodziłam dużo w peruce, miałam piękną chustkę, biało-różową. Mam do niej wielki sentyment, mam ją do tej pory. Nigdy nie zapomnę, jak brałam ostatnią chemię, przeszłam ją ciężko. Już nie chciałam, mój organizm był wykończony, odmawiał, a ja byłam bezsilna. Oczywiście mogłam odmówić podania chemii. Ale w przypadku, gdy pojawiłby się nawrót choroby lub przerzut, nie myślałabym, że nie wykorzystałam szansy. Bo zapewne by tak było.

Miałam dużo szczęścia. Podczas pobytów w szpitalu obcy ludzie, których spotkałam na swojej drodze, otoczyli mnie ciepłem, współczuciem, opieką. Po tym widzę, jak istotne jest podejście innego człowieka do osoby chorej onkologicznie.

Jak Alivia mi pomogła?

Jako młoda kobieta chciałam jak najszybciej poddać się operacji odtwórczej piersi. Mimo że jestem silną kobietą, ciężko było mi się przyzwyczaić do swojego wyglądu bez piersi. Czułam się mniej kobieca. Używanie codziennie protezy było mało komfortowe i cały czas przypominało mi o tym, co przeszłam.

Niestety NFZ ma ograniczony budżet, a ja byłam jedną z wielu niecierpliwych pacjentek czekających na operację. Tu się właśnie nauczyłam cierpliwości i pokory. Nie miałam wyjścia. Musiałam czekać. Nawet jakbym bardzo chciała, to i tak nic nie mogłam zrobić.

W rezultacie przeszłam trzy operacje odtwórcze piersi. Właśnie przez trzecią operację trafiłam do Fundacji Alivia jako podopieczna. Po drugiej operacji odtwórczej efekt był fatalny, twardy implant wszczepiony pod skórę, wpłynęło to na mnie negatywnie. Na NFZ można było wykonać jeden zabieg. Więc została mi tylko prywatna operacja. Tu się zgłosiłam do Alivii. Pomaga mi do tej pory.

Ogłoszenie o wolontariacie zobaczyłam na Facebook’u, nie zaglądam tam często. Zbieg okoliczności pozwolił, że ujrzałam to ogłoszenie. Nie wahałam się. Napisałam w piątek. A już w poniedziałek stałam się wolontariuszką w fundacji.

“Wszyscy mamy dwa życia. To drugie zaczyna się w chwili, gdy zdamy sobie sprawę, że mamy tylko jedno”. – Konfucjusz

Nie bez przyczyny przytoczyłam powyższy cytat. Od czasu choroby moje nastawienie do życia się zmieniło. Moje życie się przewartościowało. Przestałam zauważać błahostki dnia codziennego. Kiedyś moje problemy urastały do rangi ogromnych, teraz to się zmieniło. Czasem mam wrażenie, że moje podejście do życia ‘ciesz się dniem tak jak byłby on twoim ostatnim’ jest czymś nie zrozumiałym dla osób, które nie przeżyły ciężkiej choroby. Za to widzę, że osoby po przejściach świetnie mnie rozumieją. Teraz wiem, że chcę się cieszyć i być szczęśliwa.

Widzę i doceniam te małe rzeczy, które są naprawdę ważne i przynoszą uśmiech na mojej twarzy.

Od zawsze jestem pozytywną i radosną osobą. Wolę, aby pochłonęła mnie radość nawet w ciężkich chwilach. Choroba mnie wzmocniła. Już doszłam do siebie, choć czasem mam słabsze dni, ale i tak  mam dużo energii.

Skąd się bierze moje pozytywne nastawienie? Tą cechę nabyłam po mamie, życie i moi bliscy ją pielęgnowali, a ja ją cały czas rozwijam. Pozytywne nastawienie pomogło mi w chorobie. Oczywiście mogłam się załamać, poddać się, jednak podnosiło mnie na duchu, kiedy byłam słaba i wykończona.

Podczas mojego leczenia często nurtowały mnie pytania dotyczące życia i śmierci. Zamartwiałam się, co będzie jak odejdę, kiedy będę miała nawrót choroby bądź przerzuty. Jednak nie można martwić się na zapas. Teraz wiem, że nikt nie wie, ile jego życie potrwa, każda chwila jest cenna, trzeba tylko nauczyć się nią cieszyć. Oczywiście też się stresuję, denerwuję, jednak staram to sobie rozsądnie tłumaczyć. Życie jest jedno, zdrowie jest najważniejsze, a reszta jest zależna tylko ode mnie.

Dążę w życiu do tego, aby być naprawdę szczęśliwa, aby nie żałować rzeczy, których nie zrobiłam.

Wiele rzeczy w życiu przychodziło mi ciężko, jednak wytrwałość i upór spowodowały, że jestem w obecnym punkcie życia. Moje cele to marzenia, które realizuję. Jedne zostaną zrealizowane szybciej, a z innymi poczekam trochę dłużej. Chciałabym znaleźć partnera, założyć rodzinę, rozwijać się wewnętrznie, chciałabym również wejść na Kilimandżaro w pięknej Tanzanii i pojechać na wycieczkę dookoła świata.

Mam jeszcze jedno marzenie, ale nie jest zależne ode mnie. Chciałabym, aby bliskie mi osoby były zdrowe i szczęśliwe.

Po diagnozie miałam problem z mówieniem o swojej chorobie. Informacja ta wywoływała u mnie wielkie emocje. Jestem bardzo wrażliwa, podczas rozmowy na temat mój i raka od razu oczy zachodziły mi łzami. Można powiedzieć, że otworzyłam się niedawno. Teraz mówię, że jestem Amazonką. A tym samym otworzyłam się jako kobieta.

Fakt, że przeszłam raka piersi ujawniał się przez przypadek. W mojej rodzinnej miejscowości, w miejscu pracy oraz wśród moich bliskich. Ciężko mi powiedzieć, czym to było spowodowane, poniekąd bałam się lub wstydziłam, nie tyle mówić o swojej chorobie, ale o fakcie, że nie mam piersi. Myślenie, że nie jestem w 100 % kobietą. Często kobiety, które są amazonkami są silne, pełne chęci do życia, otwarte. Tak właśnie było ze mną. Zawsze byłam silną kobietą, jednak przed chorobą byłam nieśmiała, niepewna, nie wierzyłam w siebie.  Ludzie, których znałam i poznałam, obdarzyli mnie dużą dawką ciepła, wsparcia, wyrozumiałości. Moja choroba pozwoliła mi otworzyć się, sprawić, że rzeczy, którymi się zamartwiałam, nie były warte tego, abym traciła energię na nie. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień, natomiast cieszę się, że otworzyłam oczy, cieszę się z życia, cieszę się, że mogę codziennie rano wstać z łóżka, mogę zjeść pyszne jedzenie, wyjść na spacer, cieszyć się widokiem budynków, zieleni, spotkać się z najbliższymi.

Najważniejsi są dla mnie ludzie, nad wyraz cenię sobie rodzinę, przyjaciół. Bardzo im dziękuję, że są przy mnie.

skarbonka.alivia.org.pl/dorota-wojcik

Aktualności fundacji